Menu
Gildia Pióra na Patronite

Ślub marynarza

Emilia Ewa Szumiło

Emilia Ewa Szumiło

Dziewiętnastoletni, uroczy marynarz z pośpiechem wysiadł ze statku. Niebawem miał brać ślub z ukochaną Mercedes. Podwójną radością było to, iż dostał również awans. Miał zostać kapitanem statku. Biegł więc przed siebie z rozwianymi na wietrze kruczoczarnymi włosami. Jego smukła sylwetka, biały strój marynarza dodawały mu kunsztu. Był dumą ojca.

Teksty z obrazami - Ślub marynarza - Emilia Ewa Szumiło
Ślub marynarza - Emilia Ewa Szumiło

" — Chciałbym za pierwsze pieniądze, które odbiorę, urządzić ci mały domek z ogródkiem, żebyś sobie sadził swoje powoje, nasturcje i kapryfolium… - mówił.

I jął otwierać szafy. Starzec krzyknął i odwrócił się nagle, a zobaczywszy syna, osunął się w jego objęcia drżący i blady.
— Próżno szukasz — wyszeptał starzec — wina nie ma.
— Jak to? Nie masz wina? — zawołał Edmund, blednąc i wpatrując się to w zapadłe i blade niczym wosk policzki ojca, to w puste szafy. — Jak to, nie ma ani kropli? Czy ci zabrakło pieniędzy?
— Nic, nic mi już nie brakuje, mam wszystko, bo mam ciebie, mój synu."

Na tamten moment zdawało się, iż posiadł wszystko co młodemu człowiekowi do szczęścia jest potrzebne. Miłość, pieniądze, stabilność oraz urodę, której mogłaby pozazdrościć mu większość osób.
"— Jestem przy tobie i mam przed sobą piękną przyszłość, i nawet trochę pieniędzy. Patrz, ojcze, masz, weź je i poślij prędko kogoś po wszystko, czego ci trzeba.

To mówiąc, wysypał na stół z kieszeni ze dwanaście ludwików, sześć złotych pięcio-jankówek i trochę drobnych monet. Twarz starca rozjaśniła się.
— I czyjeż to? — spytał.
— Ależ moje!… twoje!… nasze!… Weź, każ kupić żywności, bądź szczęśliwy, jutro znajdzie się ich więcej."

Niestety nie tylko on kochał nad życie swoją wybrankę. O względy Mercedes ubiegł się również jego najbliższy przyjaciel, który był przy niej i opiekował się nią w chwilach gdy Edmunt wypływał w rejs. Był on co prawda kuzynem dziewczyny, jednak tak zakochanym, że jako drugi prosił ją o ślub.
"— Popatrz, Mercedes — mówił młodzieniec. — Nadchodzi Wielkanoc. Najlepszy czas, aby wyprawić wesele, odpowiedz mi, proszę!"

Za nic miał odmowy i wyjaśnienia.
"— I cóż z tego! Powtórz raz jeszcze, błagam, powtórz, może uda mi się uwierzyć

Powtórz raz setny, że odrzucasz moją miłość, którą matka twoja widziała dobrym okiem; spraw, abym przekonał się, że igrasz z moim szczęściem, że nie obchodzi cię ani moje życie, ani śmierć. Ach, Boże mój, Boże wielki! Marzyć dziesięć lat, że będę mężem twoim, Mercedes, i stracić całą tę nadzieję, która była jedynym celem mojego życia."

Fernand tak bardzo kochał Mercedes, że znienawidził własnego przyjaciela, zapragnął jego śmierci.
"— A więc — rzekł Danglars — gdyby ktoś doniósł prokuratorowi królewskiemu, że Dantès, który w swojej podróży zahaczył o Neapol i Elbę, jest agentem bonapartystów…
— Ja go mogę oskarżyć! — zawołał żywo młodzieniec.
Jak powiedział, tak i zrobił: napisał lewą ręką pochylonymi literami kilka linijek, charakterem zupełnie odmiennym od zwyczajnego i podał kartkę Fernandowi, który półgłosem ją odczytał.

Wierny poddany tronu i religii zawiadamia panu prokuratorowi królewskiemu, że niejaki Edmund Dantès, oficer ze statku „Faraon”przybyły w dniu dzisiejszym ze Smyrny, zawitawszy po drodze do Neapolu i Portoferraio, otrzymał list od Murata do uzurpatora i od uzurpatora do stronnictwa bonapartystowskiego w Paryżu."

I w ten sposób zniszczył dzień, który miał być najpiękniejszym w życiu, przyszłość, rodzinę.

"Nazajutrz dzień był piękny. Słońce wzniosło swoją czystą, błyszczącą tarczę, a pierwsze promienie purpurowe barwy rozrzuciły rubinowe blaski po spienionych fal grzbietach. Przyjęcie przygotowane było na pierwszym piętrze karczmy, z którą czytelnik zawarł już znajomość. Była to wielka, piękna sala o pięciu czy sześciu oknach, nad każdym wyryta była nazwa jednego z wielkich miast Francji. Na zewnątrz biegła wzdłuż okien drewniana galeryjka, opasując cały dom.

Już od jedenastej galeryjka zapełniała się niecierpliwie przechadzającymi się gośćmi, chociaż przyjęcie było oznaczone dopiero na południe. Byli to znaczniejsi rangą marynarze z „Faraona” i kilku żołnierzy, przyjaciół Dantèsa.
Wszyscy wystąpili w najparadniejszych strojach, na dowód szacunku dla narzeczonych. Między zaproszonymi rozeszła się cicha wieść, że sami nawet właściciele „Faraona” uczczą swoją obecnością ucztę zaręczynową, Danglars i Caderousse pobiegli co żywo, ale zaledwie uszli sto kroków, zauważyli w pobliżu prochowni mały orszak weselny. Składał się on z czterech dziewcząt, Katalonek i przyjaciółek Mercedes, towarzysząjcych narzeczonej, którą prowadził pod rękę Edmund. Obok kroczył ojciec Dantèsa, za nimi zaś Fernand ze złowróżbnym uśmiechem na ustach.

Ani Mercedes, ani Edmund nie dostrzegli tego uśmiechu. Biedne dzieci w szczęściu swym nie widziały nikogo prócz siebie i czystego błękitu nieba, które zdawało się im błogosławić."

Zniszczony został dzień zaręczyn i ślubu. Edmundowi odebrano godność, kobietę i wolność. Tego dnia bowiem, ku zaskoczeniu wszystkich, młodzi nie tylko się zaręczyli, ale również mieli wziąć ślub.

"— Proszę cię, sąsiedzie — odparł Dantès. — Czyż to warto łapać mnie za słowa za tak małą nieścisłość? Prawda, Mercedes nie jest jeszcze moją żoną, ale — i tu spojrzał na zegarek — za półtorej godziny nią będzie. Fernand porwał konwulsyjnie rękojeść noża.
— Za godzinę! — rzekł Danglars i pobladł. — Jak to?
— Tak, moi przyjaciele — odpowiedział Dantès.

Bladość Fernanda udzieliła się i Danglarsowi, Fernand zdawał się zupełnie zmartwiały, przypominał potępieńca w ogniu piekielnym. Jako jeden z pierwszych wstał od stołu...(...)

— Idziemy? — odezwał się słodki głos Mercedes. — Wybiła już druga, a jesteśmy umówieni piętnaście po drugiej.
— Tak, chodźmy już, chodźmy — rzekł Dantès, podnosząc się żywo.

W tejże chwili Danglars, który nie spuszczał z oka Fernanda siedzącego przy oknie, spostrzegł, jak ten otworzył błędne oczy, zerwał się nagle jak piorunem rażony i upadł na powrót na parapet.

Jednocześnie na schodach rozległ się przygłuszony hałas, stuk pomieszany z głosami i szczękiem broni, stłumił gwar na sali, jakkolwiek był on duży, zwracając powszechną uwagę: wśród biesiadników zapadło milczenie pełne niepokoju. Hałas się zbliżył, na koniec dały się słyszeć trzy mocne uderzenia we drzwi; wszyscy spostrzeli po sobie ze zdziwieniem.

— W imieniu prawa — ozwał się grzmiący głos, któremu nikt nie śmiał odpowiejdzieć. Drzwi otwarły się natychmiast. Wszedł komisarz przybrany we wstęgę, a za nim czterech zbrojnych żołnierzy z kapralem na czele.

— Edmundzie Dantès, aresztuję cię w imieniu prawa.

— A cóż to wszystko znaczy? — zapytał Caderousse, zmarszczywszy brwi, Danglarsa, który udawał zdumionego.
— Skąd mogę wiedzieć? — odparł Danglars. — Tyle wiem, co ty. Widzę, co się dzieje, nic nie rozumiem i sam nie wiem, co mam na to powiedzieć.

Caderousse poszukał wzrokiem Fernanda, ale Fernanda już nie było. I cała scena z poprzedniego dnia przedstawiła mu się nagle w przerażającym świetle. Powieliłabyś, że nieszczęście to zdarło zasłonę, którą wczoraj pijaństwo nałożyło na jego pamięć."

---
Niesamowita powieść, która od samego początku do końca trzyma w napięciu. Niepowtarzalna fabuła. Arcydzieło. Romans, thiller, akcja. Trudny język jest niczym w porównaniu do wrażeń jakie daje. Pełne opisy zdarzeń, emocji, wydarzeń, osób.

Zarówno dla tych, którzy szukają przygód jak i dla tych którzy rozwijają wątki historii. Oparta na prawdziwym tle historycznym. Ujmująca, nieprzewidywalna.

5168 wyświetleń
128 tekstów
5 obserwujących
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy!