Menu
Gildia Pióra na Patronite

Epidemia dusz - część 4

PetroBlues

PetroBlues

Zbliżało się południe. Edward szedł główną aleją cmentarza. Ubrany był w elegancki wyjściowy mundur. Drewniana kaplica umiejscowiona w centrum nekropolii rzucała się w oczy z daleka. Przed wejściem stała grupka ludzi. Skinął głową w geście powitania i wszedł do środka. Na środku pomieszczenia stała biała, drewniana trumna. Ratselman podszedł bliżej i ukląkł. Twarz chłopca była sino blada, ale poza tym wyglądał tak, jakby tylko spał. Oficer podniósł się dopiero po dłuższej chwili i podszedł do rodziców malca. Kobieta omdlewała półprzytomna w ramionach męża. Oczy miała zapuchnięte od łez. Mężczyzna pogrążony w niemej rozpaczy wpatrywał się w trumnę pustym wzrokiem.

Teksty z obrazami - Epidemia dusz - część 4 - PetroBlues
Epidemia dusz - część 4 - PetroBlues

- Moje najszczersze kondolencje – szepnął policjant i skłonił się przed żałobnikami. Ojciec podziękował nie odrywając wzroku od nieboszczyka. Matka zareagowała tylko głośnym szlochem.
Edward zasiadł w ławce na tyłach kaplicy. „Gdy umiera starzec, to umiera jeden człowiek, ale gdy umiera dziecko, umiera cały świat – pomyślał. - Czy ktokolwiek zasługuje na to co przeżywają ci ludzie?” W końcu pojawił się ksiądz Wiktor i rozpoczął ceremonię. Nabożeństwo dłużyło się Ratselmanowi niemiłosiernie. W końcu jednak grabarze wynieśli trumnę na zewnątrz i udali się aleją w stronę miejsca pochówku. Pół godziny później było po wszystkim. Ksiądz ruszył aleją w stronę kaplicy, oficer wyłonił się spośród żałobników i ruszył za nim.
- Czasami żałuję że nie założyłem rodziny – powiedział, gdy się z nim zrównał. - Wielu pięknych rzeczy nie dane mi jest doświadczać, a nie jestem już młodzieniaszkiem. Jednak patrząc na cierpienie tych ludzi zrozumiałem, że wszystko ma jakiś powód.
- Bóg zawsze ma jakiś cel – odparł spokojnie kapłan. - Ale w pana przypadku raczej nie spodziewałem się takich wynurzeń. No i tak całkiem stary to pan jeszcze przecież nie jest. Nie jedną skusiłby pański mundur.
- Doświadczenia ostatnich dni zmuszają mnie do głębszych refleksji – odpowiedział Edward puszczając mimo uszu wzmiankę o kobietach. - Ja nie miałbym tyle siły co rodzice tego chłopca.
- Dlaczego pan tak uważa?
- Bo na ich miejscu nie przyszedłbym na pogrzeb. Gdyby to było moje dziecko, to chwilę po jego śmierci strzeliłbym sobie w łeb – odparł Ratselman. - Będę czekał kwadrans przed piętnastą.
- Przyjdę – mruknął duchowny do odchodzącego policjanta. - Możesz być pewien.
Komisarz ruszył aleją i chwilę później minął bramę cmentarza. Ruszył przed siebie mijając kolejne zabudowania. Od czasu do czasu napotykał jakiegoś przechodnia. Jego myśli krążyły jednak wokół tajemniczej istoty nawiedzającej pobliski las. W głowie dźwięczał mu śmiech małego chłopca biegającego po leśnej polanie.

***

Obaj mężczyźni przybyli na miejsce punktualnie. Edward ubrany był w zwykłe cywilne ubranie. Czarne materiałowe spodnie, koszulę i brązowy serdak. Poza tym nie zabrał ze sobą zupełnie nic. Ksiądz też nie wyróżniał się niczym szczególnym. Szare spodnie i marynarka, spod której wyglądała koloratka umieszczona w kołnierzu czarnej koszuli, wyglądały zupełnie zwyczajnie. Duchowny przybył jednak uzbrojony w duży mosiężny krzyż i różaniec.
- Niezły arsenał – powiedział Ratselman na jego widok. - Zamierza go ksiądz potraktować egzorcyzmami?
- Nawet gdybym chciał, to nie mogę – odparł kapłan. - Nie mam takich uprawnień. Poza tym chyba już kiedyś panu wspominałem, że nie sądzę, by były potrzebne. Wiara i modlitwa mogą jednak czynić cuda jeśli tylko są szczere.
Ruszyli do lasu. Komisarz szedł przodem. Tym razem nie starał się na siłę przypominać sobie drogi, którą szedł podczas poprzednich wypraw. Czuł, że wystarczy iść za głosem intuicji. Choć nie miał ku temu logicznych przesłanek, był niemal pewien, że on i tamto stworzenie prędzej czy później po prostu się odnajdą. Ksiądz szedł za nim ściskając krucyfiks w wyciągniętej przed siebie dłoni. Wyraz twarzy miał skupiony, ale spokojny. Mijały minuty, ale nie działo się zupełnie nic. Maszerowali w całkowitej ciszy. Ratselman nagle się zatrzymał i zaczął przyglądać się jednemu z drzew. Po chwili wskazał wyraźną wyrwę w dolnej części pnia.
- Tu trafił Bielak, gdy wystrzelił wystraszony przez lisa – szepnął. - Kilka kroków dalej pojawiło się tamto stworzenie. Tutaj widziałem je pierwszy raz.
- Zatem idziemy w dobrym kierunku – odparł ksiądz i wyjął zza pazuchy niewielką buteleczkę. Wyciągnął zębami korek i chlapnął kilka kropel na pień drzewa, po czym uczynił krucyfiksem znak krzyża. - To powinno wystarczyć.
- Chciałbym, żeby to było takie proste. - Komisarz pokręcił głową z zażenowaniem.
Po chwili ruszyli dalej. Maszerowali kilka kolejnych minut, gdy w końcu ich oczom okazała się duża polana. Oficer od razu poznał to miejsce.
- To tu widziałem chłopca – mruknął.
Ksiądz jednak nic nie odpowiedział. Edward odwrócił się i zaniemówił zdjęty przerażeniem. Kapłan stał niemal na baczność. Oczy wywrócone miał do wewnątrz czaszki. Mosiężny krzyż leżał u jego stóp. Stworzenie z głową orła stało kilka metrów za nim. Ratselman mimowolnie padł na kolana. Po chwili z ust księdza wydobył się zimny, szeleszczący głos.
- Dlaczego wróciłeś człowieku? – Istota przemawiała poprzez ciało wikariusza. - Raz już cię odesłałem. Czy nie zauważyłeś, że nie powinieneś tu być?
- Przeciwnie – powiedział komisarz przełamując strach. - Czułem irracjonalną, niepohamowaną potrzebę by tu wrócić.
- Nie powstrzymasz mnie – odparło stworzenie. - Odejdę, ale dopiero gdy przywrócona zostanie równowaga, którą wy ludzie w swojej arogancji zaburzacie.
- Nie przyszedłem walczyć! - Ratselman krzyknął i pokazał istocie puste otwarte dłonie. - Chcę tylko wiedzieć dlaczego zabiłeś chłopca? Myśliwi mordowali zwierzęta. Bielak, choć nieumyślnie, ale jednak uszkodził drzewo, które jest częścią lasu. Czym jednak zawiniło niewinne dziecko? Co na Boga uczyniło, że zasłużyło na śmierć?
- On żyje – odpowiedział głośno stwór. - Nie został ukarany, ale otrzymał nagrodę. Został uwolniony od cierpienia, które spotykało go każdego dnia. Teraz jest szczęśliwy. Mogłeś zobaczyć fragment jego radości, gdy przybyłeś tu poprzednim razem.
- Nagrodę? - Oficer trząsł się z wściekłości. - A jego rodzice? Toną w rozpaczy po śmierci ukochanego dziecka! Czym oni na to zasłużyli?
- Zapewniam cię, że jego rodzice nie cierpią, a ich dziecko żyje – odpowiedziała istota. - Odejdź i nie szukaj mnie więcej. Los przyniesie ci odpowiedzi w odpowiednim czasie.
Ksiądz upadł na wznak, a zjawa zniknęła tak nagle jak się pojawiła. Edward poderwał się i podbiegł do duchownego. Wikariusz był mokry od potu, ale dochodził już do siebie.
- Co...co się dzieje? - Wymamrotał usiłując się podnieść. - Czuję...ciepło…
- Spokojnie – szepnął Ratselman. - Odpocznij jeszcze chwilę.
Minęło jeszcze dobre pół godziny zanim kapłan był w stanie utrzymać się na nogach. W końcu jednak wspierany pod ramię przez komisarza był w stanie iść. Powolnym chwiejnym krokiem ruszyli w stronę wioski w całkowitym milczeniu.

***

- Jezus Maria! - Zapiszczała gospodyni, gdy Edward i ksiądz Wiktor stanęli w drzwiach plebanii. - Co się księdzu stało? Kobieta wpuściła ich natychmiast do środka. Przeszli korytarzem do niewielkiego pokoju, którego wystrój wskazywał na to, że jest to sypialnia. Kobieta ze łzami w oczach biadoliła nad stanem księdza:
- Cały w trawie, blady jak ściana, ledwo się na nogach trzyma, święta trójco...
- Spokojnie Wandziu. Nic mi nie będzie. – wydyszał kapłan opadając na łóżko. - Zaparz nam proszę herbaty.
Kobieta niechętnie wyszła zostawiając ich samych. Komisarz usiadł obok duchownego i skrył twarz w dłoniach.
- Czy możesz mi powiedzieć co tam się wydarzyło? - zapytał w końcu wikariusz.
- Zjawił się i przemówił twoimi ustami – odpowiedział policjant. - Nie pytaj co mówił. Przynajmniej nie teraz. Na razie sam niewiele z tego rozumiem.
- Nie pytam. Powiesz jak będziesz gotowy. – uśmiechnął się słabo ksiądz. - Zauważyłem jednak inne ciekawe zjawisko.
- Jakie? – zdziwił się oficer.
- A takie, że chyba od dzisiaj przeszliśmy na „ty” – odpowiedział Wiktor.
- Chyba tak… - odparł Ratselman.
Po chwili obaj parsknęli śmiechem. Czasami człowiek poznaje kogoś, kto od pierwszego wejrzenia go irytuje. Sama obecność takiej osoby wywołuje dyskomfort. Jednak przy dłuższym poznaniu, a szczególnie gdy coś szczególnego się razem z tą osobą przeżyje, znajomość ta zmienia się w ciekawą relację, której nie sposób od tak włożyć do szuflady i zapomnieć. Tak było też w przypadku księdza Wiktora i komisarza Edwarda. Potencjalnie pasowali do siebie jak pięść do nosa, ale koniec końców pięść i nos mogą być przecież częściami tego samego organizmu. Skrzypnęły drzwi i w pokoju ponownie pojawiła się gospodyni. Przyniosła tacę z dwoma filiżankami herbaty, do tego kilka kromek chleba, kosteczka masła, a także biały ser i wędlina pokrojone w plastry. Mężczyźni przysiedli się do niewielkiego stoliczka i zabrali się za posiłek.
- Co teraz zamierzasz? - ksiądz pierwszy przerwał milczenie.
- Nic – odparł komisarz przełykając kęs chleba. - On nie chce by go niepokoić. Na razie poczekam na rozwój wypadków.
- Ja napiszę sprawozdanie do biskupa – powiedział wikariusz. - To mój obowiązek. Pewnie przyślą egzorcystę, choć myślę, że to zbyteczne. To nie jest demon.
- Też tak uważam – przytaknął Edward. - Ale ciekawi mnie skąd akurat u Ciebie takie przekonanie?
- Demony boją się poświęconych relikwii – duchowny wzruszył ramionami. - Nie są w stanie ich dotknąć, a nawet sama ich bliskość jest dla nich potworną męką. On wytrącił mi krzyż z ręki bez najmniejszego problemu. Czymkolwiek jest ta istota, nie jest przeklęta. Policjant nic nie odpowiedział. Dokończył posiłek i zebrał się do wyjścia.
- Wracaj do zdrowia – rzucił na odchodne i wyszedł. Na zewnątrz kropiła mżawka. Chłodne powietrze przyjemnie wypełniało płuca oficera. Ratselman pierwszy raz od dawna czuł spokój. Jakby ktoś nagle zdjął mu z barków wielki niewidoczny ciężar. Wiedział, że to jeszcze nie koniec, a wręcz był przekonany, że stanie kiedyś ponownie oko w oko z tajemniczą zjawą. Teraz jednak nie było to dla niego istotne. Szedł przed siebie obserwując otaczający go świat, który w końcu miał barwy inne niż odcienie szarości.

47 599 wyświetleń
584 teksty
92 obserwujących
  • Radek Ziemniewicz

    11 February 2024, 22:59

    Interesujące spotkanie! Jestem ciekawe, co dalej. Brawo za wciągające poprowadzenie akcji. Mogę dorzucić swoje 3 grosze?

    Generalnie 99% tekstu przeczytałem bez mrugnięcia okiem. Czytam tekst i mam wrażenie jakby przeszedł już przez 3 korekty i wydawcę, a to wielka sztuka! Brawo!

    Mam jednak kłopot z tym fragmentem:

    "Po chwili obaj parsknęli śmiechem. Czasami człowiek poznaje kogoś, kto od pierwszego wejrzenia go irytuje. Sama obecność takiej osoby wywołuje dyskomfort. Jednak przy dłuższym poznaniu, a szczególnie gdy coś szczególnego się razem z [...]

    • PetroBlues

      12 February 2024, 00:47

      Co do tej wypowiedzi narratora, to widywałem już takie zabiegi u uznanych autorów. Choćby u Andrzeja Pilipiuka (którego nie ukrywam jestem zagorzałym fanem) chociaż faktycznie chyba mogłem zawrzeć tą treść w mniejszej ilości słów. Przemyślę i dopracuję. Co do osoby gospodyni to nawet nie specjalnie się nad tą postacią zastanawiałem. W moim zamyśle jest tylko elementem plebanii, prawie że tłem. Może faktycznie mogłem ją bardziej wykorzystać. Jak teraz na to patrzę to jest w tym pewien niewykorzystany potencjał.

      Nie wiem kiedy siądę do kolejnej części bo mam teraz trochę na głowie, ale to na pewno jeszcze nie koniec. :)

      No i mam kolejne orzechy do zgryzienia, szkoda że nie wypowiada się więcej osób, ale muszę przyznać, że swoimi uwagami robisz za kilku na raz :)

      Dzięki wielgachne, pozdrawiam :)

    • Radek Ziemniewicz

      12 February 2024, 00:52

      To prawda, szkoda, ale... trochę też ich strata, bo opowiadanie jest warte lektury! Może się jeszcze skuszą.

      Co do mojego feedbacku, to tylko moje odczucia. Zrobisz, jak będziesz uważał, bo całość tak jak jest już jest świetna :-)

    • PetroBlues

      12 February 2024, 01:15

      Ja generalnie wychowałem się też na Dostojewskim, (w szkole, moją miłość do Zbrodni i Kary niektórzy uznawali za objaw choroby psychicznej, hehe) który dialogów używał stosunkowo nie wiele, a za to za pomocą narracji siedział w głowach swoich bohaterów. W "Idiocie" to już całkowicie. Chyba siła przyzwyczajenia, choć wiem, że czasem może to trochę psuć estetykę. Jeszcze raz dzięki za pomoc :)

  • Bianka97

    7 February 2024, 17:14

    Ciekawie się rozwija. Moje drobne uwagi to opis stroju księdza na wyprawie do lasu. Wprawdzie nie spotykam się z księżmi, ale nie mogę sobie wyobrazić sutannę i na niej marynarkę i koszulę. Dlaczego ksiądz poszedł do lasu w sutannie? To niewygodne.
    Wydaje mi się, że "niewiele" pisze się łącznie. Pozdrawiam:) Czekam na dalszy ciąg.

    • PetroBlues

      7 February 2024, 21:07

      Błędy poprawione. Ta sutanna tam faktycznie nie pasowała, jakoś nie zwróciłem na to uwagi. Dzięki serdeczne i pozdrawiam :)

    • Irracja

      8 February 2024, 02:11

      ... to jeszcze Piotr popraw w scenie powrotu na plebanię. Gospodyni wyraźnie mówi o „sutannie całej w trawie”...

    • PetroBlues

      8 February 2024, 07:55

      Zrobione, dzięki Grzegorzu :)

    • Irracja

      8 February 2024, 10:40

      ... Petro, zapomniałeś o "w" i wyszło "Cały trawie"...

    • PetroBlues

      8 February 2024, 10:56

      Poprawiałem na telefonie na szybko, najwidoczniej gdzieś mi się zjadło. Podziwiam za czujność :) Skorygowane. Jeszcze raz dzięki :)

    • Irracja

      8 February 2024, 11:05

      😊