Menu
Gildia Pióra na Patronite

POJEDYNEK

Em

Em

Ona zna każdy mój ruch.
Nie ważne jak bardzo bym się starała, ona i tak odeprze mój atak.
Tak jakby dosłownie czytała mi w myślach.
Myślę co zrobić, aby wreszcie ją znokautować.

Runda pierwsza.
W sali wszystkie okna są zamknięte. Jedyną widoczność zapewniają nam lampy z góry. Ich blask razi mnie po oczach. Pomieszczenie jest bardzo małe. Wokół ringu bokserskiego stoją ludzie, którzy przyszli popatrzeć na walkę. Cały czas coś wykrzykują. Głosy się mieszają. Nie wiadomo już, kto do kogo mówi. Nie rozpoznaje nikogo spośród tłumu.
Ruszam na moją rywalkę. Czuję przypływ adrenaliny. Wystawiam pięść do przodu, a ona robi uniki. Są perfekcyjne, przez to nie mogę zadać jej ciosu.
Sędzia ogłasza przerwę.
Mój oddech jest nieregularny. Jestem strasznie zmęczona i ledwo utrzymuję się na nogach. Trzęsą mi się ręce. Zdejmuję rękawice bokserskie, aby chwilę poruszać nadgarstkami.
- Chciałabyś może się napić wody? - pyta się mnie chłopak ubrany cały na biało
Nie mam siły mówić, więc po prostu energicznie kiwam głową. Nie wiem nawet kim on jest, ale w tym momencie przyda mi się każde wsparcie - nawet od nieznajomego.
Patrzę się na moją przeciwniczkę. Stoi po drugiej stronie ringu i również pije wodę. Jej klatka piersiowa szybko unosi się i opada, co znaczy, że również jest zmęczona.
Nawiązujemy kontakt wzrokowy. Jej spojrzenie jest hipnotyzujące. Stoję jak zaczarowana. Nie powinnam ulegać mojej rywalce, ale jest w niej coś przerażającego, a zarazem fascynującego.
Jest przepiękna.
Ma długie, czarne włosy i ciemne oczy. W dodatku posiada bardzo bladą, nieskazitelną skórę. Nie ma na niej ani grama niedoskonałości. Jej uśmiech jest szeroki, a zęby śnieżnobiałe. Otrząsam się, a następnie zgniatam pustą butelkę i rzucam nią w stronę chłopaka.
- Spokojnie, to dopiero pierwsza runda. Mało kto wygrywa z nią za pierwszym razem, ale masz póki co wsparcie Z Góry – odzywa się nieznajomy.
- Z jakiej „Góry”? - myślę
Koniec przerwy. Czas wznowić walkę.
Ręce wciąż mi się trzęsą, ale staram się to ignorować. Udaje mi się ustabilizować oddech i przyjmuję pozycję. Druga dziewczyna robi to samo. Patrzę się lekko za siebie. Ten sam chłopak, który podawał mi wodę, stoi teraz za ringiem i trzyma kciuki uniesione ku górze.
- Tylko jedna z nas wyjdzie stąd żywa - pierwszy raz słyszę, jak moja przeciwniczka się odzywa.
Ma zimny i szorstki głos. Ciarki przechodzą mnie po całym ciele. Nie można było jednak zaprzeczyć, że ma rację. Liczę na to, że to jednak ja będę zwyciężczynią.
Zadaje mi cios, a ja pochylam się na lewo. Jej rękawica ledwo muska mój policzek. Powracam do pionu i szybko analizuję sytuację. Chcę chwycić jej wystawioną rękę, ale ona w tej samej sekundzie zabiera pięść. Walka jest intensywna. Nikt nie może nikogo znokautować.
Mamy ten sam tok myślenia.
Tę samą koordynację ruchową.
Ona jest jak moje odbicie lustrzane.
Ludzie dalej krzyczą. Jestem cała poobijana i kręci mi się w głowie. Moja rywalka także jest posiniaczona i chwieje się na nogach. Walka trwa już od wielu godzin, a ja nadal nie tracę motywacji. Chcę bić się tak długo, dopóki jej nie pokonam. Ona na pewno myśli tak samo.
Nagle wszystkie światła gasną, a jakiś głos mówi, że na dzisiaj kończymy.
- Słucham?! - nie dowierzam temu, co się dzieje
W jednej chwili wszyscy się rozchodzą. Nikt nie zadaje żadnych pytań. Jestem w kropce.
- Dobrze się czujesz? - słyszę głos chłopaka
- Tak… jakoś się trzymam.
Obejmuje mnie za ramię, aby łatwiej było mi iść i w kompletnej ciemności wychodzimy z sali. Zaprowadza mnie do jakiegoś pokoju, w którym pali się mała świeczka i pomaga usiąść na fotelu. Po chwili przynosi worek z lodem i delikatnie przykłada mi go do twarzy.
- Dobrze, że na dzisiaj już koniec, bo dłużej byś chyba nie wytrzymała ha, ha. Masz niezłe sińce.
Ma rację. Jestem tak spuchnięta, że ledwo czuję swoją twarz. Odkład z lodu jest prawdziwym wybawieniem.
- Ta dziewczyna… z nią jest coś nie tak – szepczę
- Co masz na myśli?
- Dlaczego nie mogę jej pokonać? Przewiduje każdy mój ruch. Nie mogę jej niczym zaskoczyć - głos mi drży
Zimny worek wciąż dotyka mojej twarzy.
- Odpocznij sobie chwilę. Zasługujesz na to. Jutro wrócicie do tego. Przynieść ci coś jeszcze?
Chłopak przez ten cały czas jest dla mnie bardzo miły. Ma niezwykle przyjemny głos, który mnie uspokaja. Czule nachyla się nade mną i jestem w stanie się mu dokładniej przyjrzeć. Ma lekko kręcone, brązowe włosy i piegi. Gdy jest tak blisko mnie, widzę jego delikatne rysy twarzy. Ma buzię prawdziwego anioła. Wygląda na kogoś, kto nie może mnie skrzywdzić. Tylko czemu właściwie mi pomaga i jest taki uczynny? Nic specjalnego przecież nie zrobiłam.
Zadaje mu to pytanie.
- Jestem w twojej drużynie. To logiczne, że chcę żebyś ty wygrała, a nie nasz wróg.
- Przecież ja cię nawet nie znam…
- To chyba najwyższy czas to zmienić. Jestem Dove.

Runda druga.
Żadna z nas się nie podda, dopóki nie zniszczymy siebie nawzajem.
Dove pomaga mi ubrać rękawice, a następnie łapie mnie za ramię. Czuję natychmiastowy przypływ energii. Automatycznie się uśmiecham. On odwzajemnia. Wchodzę na ring. Jestem dużo spokojniejsza wiedząc, że stoi tuż za mną. Sama jego obecność dodaje mi sił.
Przyjmuję pozycję. Ruszam do ataku.
- Naprawdę świetnie ci idzie - Dove masuje mi kark podczas kolejnej przerwy.
- Dziękuję - rumienię się.
Moją rywalkę wciąż jest ciężko pokonać, ale ona przynajmniej nie ma nikogo, kto zająłby się nią w czasie przerwy. Nie to co ja.
Dove daje mi pić.
Odgarnia włosy z twarzy.
Wyciera pot z czoła.
Moja przeciwniczka patrzy na to wszystko z pogardą i nienawiścią. Ciężko oddycha. Nie podoba jej się to, jak jestem traktowana.
- Myślisz, że jesteśmy w stanie to wygrać? - pytam
Dove nie odpowiada, ale się uśmiecha. Odbieram to jako odpowiedź twierdzącą.
- Nie umiem jeszcze jej rozgryźć. Chyba brakuje mi dostatecznie sił. Myślisz, że możesz walczyć razem ze mną? Nas jest dwóch, a ona tylko jedna. Dalibyśmy radę! - mówię entuzjastycznym głosem.
Nastaje chwila ciszy. Odpowiada mi zdenerwowany głos.
- Ja… ja nie mogę. Tylko ty możesz walczyć, ale spokojnie… Jestem tu, żeby cię wspierać.
- Nigdy się nie biłeś, prawda? - pytam żartobliwie
- Zgadza się, ale każdy z nas jest tutaj z określonego powodu. Ja po prostu nie mogę walczyć. To twoja działka. Pamiętaj, Ona na ciebie liczy…
Patrzę na niego pytająco. Co to właściwie znaczy? Kto na mnie liczy?
Znowu rozlega się ten sam głos, który ogłasza koniec walki na dziś. Światła gasną. Ludzie się rozchodzą. Dove łapie mnie za rękę, aby zaprowadzić do drzwi wyjściowych.
- Poczekaj, czegoś tutaj nie rozumiem… - wypalam.
- Powiesz mi to jutro, dobra? Musimy stąd jak najszybciej wyjść – chłopak mówi poważnym tonem.
- Dlaczego? Jeżeli martwisz się, że ktoś podsłucha, to spokojnie. Arena jest pusta.
- Nie o to chodzi. Kiedy Ona śpi, nie możemy tu przebywać.

Runda trzecia.
Sama przygotowuje się do walki. Dove przychodzi spóźniony.
- Gdzie byleś? Za minutę wchodzę!
- Bardzo cię przepraszam! Wiem, że chciałabyś żebym był wcześniej. Poradziłaś sobie sama? Potrzebujesz czegoś?
- Nie… jest okej - odpowiadam sucho.
- Wybacz mi, ale… - opuszcza głowę - to nie zależy ode mnie…

Runda czwarta.
Moja przeciwniczka jest dziś w wyjątkowo dobrym humorze. Ma jeszcze szerszy uśmiech niż zwykle.
Zauważam coś strasznego.
Stoję jak wryta.
Zimny pot oblewa moje ciało.
Jej zęby są ostre jak kolce.
Jest rządna krwi.
Mojej. Krwi.
Ruszam w jej stronę. Serce bije mi jak szalone. Boję się, że zginę. Nie mogę jednak do tego dopuścić. Uderzam ją w brzuch jeden raz, drugi, trzeci… Ona w zamian bije mnie po twarzy. Nie jest już moim odbiciem lustrzanym. Jest silniejsza. Czuje się zdezorientowana. Obraz mi się zamazuje. Zadaje jej cios, jednak nie trafiam. Ona wykorzystuje chwilę mojej nieuwagi i wgryza mi się w przedramię. Gdy ból do mnie dochodzi, odskakuję z przerażenia.
Sędzia ogłasza przerwę.
Rana jest tak głęboka, że cały rękaw przesiąka krwią. Trzęsę się. Dove nie raczył się nawet zjawić, więc nikt mi nie pomaga. Nigdy w czasie naszej walki nie doszło do momentu, w którym bym krwawiła. Patrzę na swoją ranę myśląc, że moje dni są policzone. Mam czarne plamy przed oczami. Biorę głęboki wdech.
- Nie poddam się! Nie poddam! - mówię do siebie
Bardzo ciężko jest mi się uspokoić. Odliczam.
Jeden.
Dwa.
Trzy.
Jeszcze raz.
Jeden.
Dwa.
Trzy.
Głęboki wdech.
Jeden.
Dwa…
Czuję, jak powoli uchodzi ze mnie życie.

Runda piąta.
Źle się czuję. Kolejny dzień na ringu nie robi mi dobrze. Stawiam małe i niepewne kroki. Zamykam oczy i widzę tylko te jej okropne zęby, które chcą mnie zranić. Liczę na to, że wczoraj po prostu coś mi się przewidziało i tak naprawdę zęby mojej rywalki nie przypominają szpikulców. Zaschnięta plama krwi na ubraniu mówi jednak co innego…
Ubieram moje rękawice cały czas wzdychając, gdy widzę, że moja rywalka znowu wygląda jakoś inaczej. Jest zdecydowanie wyższa. Uśmiecha się tak szeroko, że jej kąciki ust prawie dotykają ucha. Ma czarne jak węgiel dziąsła. Jej rękawice są o wiele większe i dodatkowo wystają z nich kolce. To już nie jest ta sama osoba, z którą walczyłam na początku. Ta przepiękna dziewczyna to teraz istny demon.
Czuje się oszukana. Kto jej pozwolił w ogóle wziąć te rękawice?! Zdecydowanie mamy teraz nierówne szanse. Czy ta gra ma jakieś zasady? Szukam odpowiedzi na to pytanie w tłumie ludzi, ale nikt nawet na mnie nie patrzy. Dove może znać zasady, ale go tu nie ma. Znowu.
Przyjmuję pozycję. Ruszam do ataku.
Obie zadajemy sobie ciosy w bardzo szybkim tempie. Staram się nie skupiać na bólu, tylko bić się dopóki nie opadnę z sił. Czuje jednak, że mocno krwawię. Przeciwniczka swoimi nowymi rękawicami zadaje mi ogromny ból. Kolce wbijają się w moje ciało, przechodzą przez wszystkie warstwy skóry, żeby potem wbić się w nowe miejsce i powtórzyć proces. Łzy ciekną mi po policzku. Napastniczka ma maniakalny uśmiech i dyszy tuż nad moim uchem. Jest zadowolona, że sprawia mi cierpienie.
Upadam na ziemię. Głośno szlocham, bo coraz bardziej mnie boli. Zasłaniam twarz rękawicami, a ona agresywnie w nie uderza. Bardzo się boje. Kątem oka widzę, że krew z mojego ciała wypływa i rozlewa się na podłodze.
To się robi niebezpieczne. Umrę tu.
Nikt z gapiów nawet nie przejmuje się moim stanem. Wykrwawię się na śmierć, a oni jedyne co będą robić, to wiwatować. Modlę się o to, aby ten dziwny głos kończący poszczególną rundę się odezwał.
Ale czy cokolwiek mi to da?

Każdego dnia coraz bardziej tracę poczucie czasu. Nie wiem już ile razy wchodzę na ten przeklęty ring bokserski. Opadam z sił. Ledwo słyszę swoje bicie serca. Moje ciało jest całe pokaleczone i nawet patrzenie na te obrzydliwe rany sprawia mi ból. Starsze obrażenia pokryły się paskudnymi strupami. Z tych nowych cały czas leci ropa. Są skażone i brudne.
Nie mogę przestać płakać. Jedyne czego pragnę, to żeby Dove mi pomógł i wyjaśnił o co w tym wszystkim chodzi. Nie mam pojęcia, co się z nim stało. Dobija mnie to.
Skoro go nie ma, to dalsza walka nie ma sensu.
Nie mam siły nawet podnieść ręki. Moja rywalka bez większego problemu powala mnie na ziemie i uniemożliwia wstanie. Gniecie mi głowę. Próbuję ją podnieść, ale jestem zbyt słaba.
Nie dam rady z nią wygrać.
Jęczę i szlocham. Brakuje mi powietrza w płucach, więc próbuję zaczerpnąć choć odrobinę tlenu. Połykam swoje łzy. Całe moje ciało przeszywa agonalny ból.
Podejmuję kolejną próbę podniesienia głowy, ale moja rywalka skutecznie wpycha ją w ziemię. Wiercę się, ale ona i tak mnie nie puszcza. Robię wszystko, co mogę. Podnoszę głowę po raz trzeci wykorzystując maximum swoich możliwości.
Nagle drzwi otwierają się i wbiega przez nie Dove. Jest cały blady i roztrzęsiony. Wygląda jakby nic nie jadł od tygodnia. Rozgląda się po całej sali i zauważa mnie.
Nie mam siły krzyczeć. Błagać go o pomoc. Zapytać się, gdzie był przez ten cały czas. Moja rywalka cały czas na mnie siedzi i pilnuje, abym nie wstała. Jej ręka ciągle pcha moją głowę w stronę ziemi. Staram się najbardziej jak mogę, ale boli mnie każdy centymetr mojego ciała.
Muszę jej ulec.
Przegram. Wiem to.
Dalsza walka nie ma sensu.
T o k o n i e c.
Słyszę niewyraźny krzyk Dove’a.
- Hope nie poddawaj się, proszę cię! Jesteś Jej jedynym ratunkiem!
Ostatni raz nabieram powietrze do płuc. Zamykam oczy i bezsilnie padam na ziemię.

Budzę się w zupełnie innym pokoju. Leżę na łóżku. Ostre, białe światło razi mnie w oczy. W pomieszczeniu nie ma nikogo, oprócz Dove’a.
- Spokojnie, spokojnie, już jest dobrze. Nic ci nie jest – chłopak mówi troskliwym głosem i głaszcze mnie po głowie.
- A gdzie jest-
- Twoja rywalka? Nic się nie bój. Ona już nie będzie sprawiać zagrożenia. Słabnie, podczas gdy ty rośniesz w siłę.
Nic nie rozumiem.
- Ja- ja żyję?
- Tak i już nikt nie pozwoli ci umrzeć. Obiecuję, że wkrótce wrócisz do zdrowia. Ona jest pod opieką lekarzy. Leczy się. Chodzi na terapię. Wszystko będzie dobrze.
- K-kto się leczy?
- Christine.
Skupiam się na tym co mówi, ale to wszystko wciąż jest dla mnie niejasne.
- K-kto? – nie mam siły normalnie mówić.
Dove wzdycha i klęka obok łóżka.
- Słuchaj uważnie. To co teraz powiem może wydawać ci się dziwne, ale… Christine… jest właścielką areny, na której odbywały się walki – mówi mi to z kamienną twarzą.
- To ona jest… A my jesteśmy gdzie?
- W jej głowie. W głowie Christine.
Serce przestaje mi bić.
- Jesteś tym, co sprawia, że jest szczęśliwa. Jednak od dłuższego czasu nie było z Nią najlepiej.
- Co to znaczy? Dlaczego… nie było… najlepiej?
- Gdyby było, to te całe walki nigdy by się nie odbyły.
Mam mętlik.
- Posłuchaj – Dove łapie mnie za rękę – Wiem, że to dla ciebie dużo. Muszę ci jednak to powiedzieć, żebyś zrozumiała całą sytuację.
Ściskam jego dłoń. Boję się tego, co zaraz usłyszę. W końcu otwiera usta, a gdy zaczyna mówić, to znowu ciężko mi złapać oddech.
- Po twojej przegranej… sąsiedzi zauważyli Christine stojącą na krawędzi dwunastopiętrowego bloku.
jesteś ważniejsza, niż myślisz.

67 wyświetleń
3 teksty
1 obserwujący
  • Irracja

    29 March 2024, 07:30

    ... Dove to nadzieja, czy wola?...