Menu
Gildia Pióra na Patronite

Miasto, które zanika we mgle (8)

Sage-Mode

Sage-Mode

Od pewnego czasu, gdy patrzę na horyzont, czuję, jak ten powoli wyciąga ze mnie myśli, a za myślami duszę. Powoli mnie wsysa, wskazuje kolejny punkt w podróży, do którego powoli się wybieram.

Jeszcze jakiś czas temu, powiedziałbym, nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Zdaje się jednak, iż czułem to w sobie od dłuższego czasu, walczyłem z tym jednak nie rozumiejąc jeszcze, co czuję, ani jaki jest tego powód. Teraz jednak, gdy przestałem walczyć i po prostu akceptuję stan rzeczy, wszystko staje się lekkie, tak samo myśli, jak również sen, rzeczywistość, poszczególne czynności, czy nawet proste rozmowy. Uśmiecham się z łatwością i z łatwością żartuję i wydaje się, że taki koniec jest końcem najlepszym z możliwych.

Gdy towarzystwem staje się dobry humor, a myśl o śmierci to nic więcej, jak przejście z jednego stanu w inny, otwieram się na wszechświat, w którym coraz to głębiej zasypiam i coraz rzadziej się budzę, a coraz to mocniej moja świadomość pokrywa się ze świadomością kosmosu, w której rozbrzmiewa najróżniejsza muzyka, a kolory układają się w jakiś hipnotyzujący taniec. Gdy zamykam oczy kolory te falują, oblegają moją głowę, a ciemność staje się coraz większa i większa, a moja głowa tym cięższą, aż nie ma różnicy między głową, ciemnością przed oczyma, a ciemnością nocy za powiekami. Zlewam się powoli w jedno, niby to topnieję i tracę formę, niby to rozpływam i stanowię jedno z powietrzem i własnym oddechem, który niebawem dobiegnie końca, a mnie opuszczą wszelkie neurony i gwiazdy, które nosiłem w sobie przez te wszystkie lata.

Czasem, gdy idę jeszcze na spacer, by spojrzeć na zaciemniony widok, na oświetlone latarniami ulice, gdy cały pejzaż wydaje się coraz mniej realny, a jawi się jako jakieś śnienie i wspominam ubiegłe miesiące, gdy czułem, jak śmierć wisi w powietrzu i spogląda też na mnie, uśmiecham się w sobie, bo dostrzegam w tym pewną wolność istnienia, która nie jest już skrępowana przywiązaniem do materii, czy ciała, własnego imienia, czy egoistycznego bycia, w którym człowiek stara się prezentować jako "ktoś" przed światem i zabiega o uznanie. Jedyne uznanie, jakie mnie teraz interesuje, to uznanie własnej śmiertelności i rychłej śmierci. I nic nie jest już gorzkie, ani słodkie, bo smaki są zbyt lekkie, bym mógł je pochwycić w usta i kosztować przez dłuższą chwilę.

Powoli zanikam, gdzieś na horyzoncie zdarzeń. Tracę wyrazistość, kontur, posturę i postawę. Jestem coraz bardziej bezosobowy, bezforemny, bezpostaciowy i w zasadzie, to cały przestaję istnieć, bo przestała też istnieć przeszłość i przyszłość, zatem umysł nie ma już na czym zawiesić kolejnej myśli, dlatego opadają spokojnie na ziemię, jak śnieg, który natychmiast topnieje. I wydaje mi się właśnie, iż zima to najpiękniejsza pora, by umrzeć. Gdy obumierają drzewa i kwiaty, wraz z nimi trawa i cały pejzaż niknie gdzieś pod białą pokrywą śniegu, to odpowiednia pora na to, by odejść. Naturalna, spokojna i cicha.

2795 wyświetleń
80 tekstów
3 obserwujących
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy!