Menu
Gildia Pióra na Patronite

Ścieżki wśród wzgórz

Grażyna K. S.

Grażyna K. S.

Góry wyszły z wnętrza Ziemi, kiedy ta tworzyła swój wizerunek. Część wytrysnęła gwałtownie i wypiętrzyła się ponad horyzont. Ostre skały uderzyły o niebo, rozrywając je na obłoki. Trzask pękającego nieba rozniósł się po przestworzach.

Inne wyszły na świat nieśmiało. Podnosiły się powoli, rozglądając się wokół. W końcu przycupnęły poniżej linii horyzontu. Miały na sobie glebę z głębokich czeluści. Urodzajną, czarną i gotową na przyjęcie nasion. Te przyniósł wiatr z pozaziemskich galaktyk. Wkrótce czarne wzniesienia pokryły się świerkami, topolami, bukami i brzozami. Pod nimi wyrósł mech, poziomki i jagody. Zapachniało leśnymi owocami i młodymi pędami sosen.
Pojawiły się wśród leśnych gór zwierzęta. Przygotowały sobie legowiska, by urodzić następne pokolenie saren, dzików i lisów.
Potem pojawił się człowiek. Spodobał mu się smak grzybów i śpiew ptaków. W dolinie, przy strumieniu zbudował dom. Wykarczował kawałek lasu. Zasiał zboże. Upiekł chleb. Pojawili się inni ludzie. Też pobudowali domy. Rozpalili w paleniskach ogień. Ugotowali zupę. Aromatyczny dym przedarł się przez konary drzew. Las wśród gór zapachniał człowiekiem. Ten zaś wykarczował część drzew, by pomiędzy dolinami wybudować drogę wiodącą do innych dolin, do innych ludzi.
Bo człowiek musi mieć kontakt z drugim człowiekiem. Inaczej dziczeje. By spotykać się i radować życiem, trzeba zmienić rzeczywistość zastaną. Trzeba budować dukty, by człowiek dotarł do człowieka. I tak góry przecięte zostały siecią ścieżek mniejszych i większych, węższych i szerszych. Łączyły osady, które przerodziły się we wsie, by z biegiem lat stać się miastem. Człowiek postanowił wejść na wzgórza, by budować domy na szczytach. Zaczął się wspinać. A wraz z nim powstawały kolejne gościńce i kolejne domy. Z każdego unosił się dym z domowego obiadu. Tu pachniała rosołem, tam szczawiową, a jeszcze dalej ktoś ugotował jarzynową.
Zwierzęta próbowały dotknąć siwą mgłę stworzoną przez człowieka. Łapały w nozdrza aromat cywilizacji. Nie był zły. Był inny niż to, co do tej pory czuły. Odsunęły się jednak od ludzkich zabudowań.
Tymczasem miasto się rozrastało. Zajmowało kolejne wzgórza. Dom przy domu. Ulica przy ulicy. Kiedy człowiek wszedł na najwyższy w okolicy górski szczyt, ujrzał lasy przecięte traktami, wzniesienia pokryte zabudowaniami i niebo pochylone nisko nad dachami domostw. Wokół siebie miał nadal sosny, świerki, brzozy i buki. Dotykał je i wierzył, że będą służyć człowiekowi nadal. Nie tylko jako budulec czy opał. Dadzą mu poczucie przynależności do natury, do Matki Ziemi, z której wszyscy jesteśmy.
Któregoś dnia człowiek, przygotowując glebę pod kolejny zasiew, dokopał się do czarnych kamieni. Wydobył kilka z nich i położył przy ognisku, które rozpalił, by podgrzać strawę. Zauważył, że dają światło i ciepło. Od tamtej pory zaczął wydobywać węgiel. Powstała kopalnia. Wśród gór wyrosły szyby, najpierw drewniane, a potem metalowe konstrukcje umożliwiające wydobycie czarnego złota. Kręcące się na ich szczycie koła informowały o ciężkiej pracy górników.
Węgiel przyniósł miastu bogactwo. Ulice wśród wzniesień pokryto brukiem. Zniknęły drewniane domy. Powstały murowane, szare. Na drogach wydzielono specjalny pas ruchu dla samochodów. Pola ze zbożem ustąpiły miejsca fabrykom i koksowniom. Nad miastem zaczął unosić się dym. Inny. Czarny. Gryzący w oczy. Brudzący wypraną i wywieszoną na podwórku pościel. Spadał na buki. Przykrywał ich zielone liście warstwą szarego pyłu.
Zwierzęta szukały schronienia na najwyższych szczytach licząc, że tam człowiek nie dotrze. Czasami jednak przychodził. Wspinał się, by dotrzeć w miejsce, gdzie mógł oddychać resztami świeżego powietrza. Podchodził do saren. Głaskał je. Szukał jeży. Unikał dzików. Patrzył w górę na idące ku niebu drzewa. I wzdychał. Wiedział, że sporo zyskał. Ale równocześnie czuł, że zmieniając świat wokół siebie, wiele stracił.
Zniknęły grzyby, poziomki i jagody. Nie było już aromatycznej woni jarzynowej zupy z dymu nad paleniskiem. Po jezdniach przemieszczały się samochody. Z ich rur wydechowych na świat wydostawał się dym podobny do tego z koksowni. Nad doliną, w której leżało miasto, unosiła się szara mgła. Prąd poruszał wielkimi kołami kopalnianych szybów, które wrosły w zbocza starych gór. Obok nich powstawały nowe. Nazwano je hałdami. Tworzył je odpady z ziemskiej czeluści, które węglem nie były. Wydobywane wraz z nim na powierzchnię, człowiek umieszczał na zielonej łące. Przez lata rozrosły się do wysokich wzniesień konkurujących z naturalnymi wzgórzami. Wiatr przywiał do nich drobinki ziemi i nasiona. Hałdy pokryły się drzewami i roślinami. Niektórych nie sposób już odróżnić od wzniesienia powstałego w wyniku ruchu jądra Ziemi.
Nadszedł moment, kiedy człowiek przestał wydobywać węgiel. Zostawił sobie tylko jedną koksownię. Unowocześnił ją. Z kominów już nie leci brudny, gryzący dym. Jest biały. Szare od pyłu kamienice odmalowano na kolorowo. Ulice wśród wzgórz rozbłysły barwami nieba, słońca i lasu. Na starym stadionie, na którym już nie grano w piłkę, wyrósł las. Drzewa przebiły się przez warstwy betonu i zajęły miejsca na widowni. W nieckach dawnego basenu zamieszkały drobne roślinki, będące ostoją dla owadów. Do lasów wśród gór wróciły jagody, grzyby i poziomki. Ktoś widział sarnę. Ktoś uciekał przed dzikiem krzycząc wniebogłosy.
Drzewa podniosły swe konary i dumnie stanęły na baczność. Spojrzały na pokrywające się roślinami hałdy. Uśmiechnęły się do kopalnianych, nieruchomych szybów. Zaakceptowały fakt, iż w wałbrzyskim krajobrazie są w towarzystwie wytworów pracy człowieka...

458 wyświetleń
9 tekstów
1 obserwujący
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy!